Gochuumon wa Usai Desu ka?

Anime traktujące o kawie, a jednak słodkie jak kakao. Tak chyba można podsumować tę produkcję. Gadający królik, trochę fanserwisu, lekkie yuri, postacie słodkie jak melasa i mnóstwo loli na każdym kroku.

Ale po kolei. O czym to? Właściwie ciężko powiedzieć, nie ma tu jakiejś konkretnej fabuły, ataku obcych, historii miłosnej (no, prawie) ani gundamów. Po prostu perypetie grupki przyjaciółek. To jakiś festiwal, to nocowanie u jednej z nich, to pomaganie w herbaciarni, rozdawanie ulotek, ot, okruchy życia w pełnej krasie. Jedynym co się właściwie wybija jest dziadek Chino, który przeniósł się w ciało królika…

Fabuła jakaś musi tu jednak być, prawda? Jakieś zawiązanie historii, jakieś wątki, nawet, jeśli nie jest to fabuła ciągła. I tak też, oczywiście, jest.

Seria zaczyna się od Cocoy dziewczyny imieniem Hoto Cocoa (już wiecie, co miałem na myśli mówiąc „seria słodka jak kakao”?), która przyjeżdża do (chyba) Włoszech, aby tam się uczyć. Na ten czas dostaje zakwaterowanie w „Rabbit House”. Jako że jest standardową słodką dziewczynką lubiącą wszystko co mofu mofu bardzo się na to cieszy. Okazuje się jednak, że poza maskotką, Rabbit House niewiele ma z królikami wspólnego, jest to kawiarnia – w zamian za pomoc tam, Cocoa dostaje wikt, opierunek i dach nad głową.Tam poznaje córkę właściciela – Chino – którą zaczyna traktować jak własną młodszą siostrę, oraz Rize – maniaczkę militariów – która również tam sobie dorabia. Shenanigans ensue.

Ich codzienne życie jest tu właściwie głównym motywem (osią fabularną tego bym nie nazwał), lecz oprócz tego pojawiają się też i inne, jak choćby sekret Sharo, czy Aoyama i dziadek Chino. Właściwie każdy odcinek jest swoją własną historią, jedynie niektóre wątki się tu przeplatają.

I to właściwie tyle. Bardzo ciężko jest pisać cokolwiek o fabule w anime typu Okruchy Życia, wierzcie mi…

On świecie nie mam za bardzo co pisać… Czuć ten klimat włoskiego miasteczka, to jedno jest pewne. Zjawiska(o) paranormalne w postaci dziadka Chino nie jest tłumaczone, po prostu tak już jest. Trochę jak w Clannadzie. Jednakże jest to zrobione tak, że właściwie mało kiedy zadaje się jakiekolwiek pytania. W sumie jedyne do czego mógłbym się przyczepić to imiona, które mimo wszystko brzmią japońsko (może poza… Pfff… Hoto Cocoa). Za to musiałbym odjąć co nieco od oceny świata.

Postaci mamy tutaj całkiem sporo. W sensie, sporo postaci głównych, bo supporterów nie ma tu za wiele.

Główną postacią jest Hoto Cocoa (Sic!) – dziewczynka z Japonii, która lubi wszystko co różowe, puszyste i słodkie. Chciałaby zostać pisarką, piekarką, cukierniczką, chciałaby mieć własną kawiarnię, kancelarię adwokacką i co tylko jeszcze. Żywe srebro, wiecznie radosna, uśmiechnięta, żywiołowa.

Jej właściwie przeciwieństwem jest Kafuu Chino (mieliśmy kakao, teraz mamy kawę) – córka właściciela Rabbit House. Spokojna, opanowana, stonowana, chłodna wręcz czasami. Oczywiście Cocoa gdy tylko ją widzi krzyczy kawaii! i bierze ją sobie za przybraną młodszą siostrę. Nieodłącznym towarzyszem Chino jest jej dziadek, w ciele królika angory, który siedzi jej cały czas na głowie.

Dalej mamy Tedezę Rize (prawdopodobnie Lisa Tedessa, chyba najbardziej włosko brzmiące imię tutaj) – maniaczkę militariów, która jest w stanie dźwigać cztery worki kawy na raz i wszędzie chodzi z pistoletem (do końca nie wiadomo, czy na kulki czy prawdziwym), ale za wszelką cenę chce się zachowywać jak całkowicie normalna dziewczyna.

To właściwie główna trójka z postaci głównych. Pozostałymi są:

Ujimatsu Chiya – klasyczny stereotyp starszej siostry, zawsze doradzi, zawsze pomoże. Pracuje w Ama Usa An – kawiarni/cukierni, która również ma królika za maskotkę – Anko.

Kirima Sharo – mieszka obok Ama Usa An, od zawsze przyjaźni się z Chiyą, pracuje w herbaciarni Fleur de Lapin. Za wszelką cenę chce utrzymać pozór, że jest młodą damą z dobrego rodu, podczas gdy mieszka w czymś, co bardziej przypomina szopkę i liczy każdego yena. Podziwia Rize. Mało powiedziane, podkochuje się w niej. Panicznie boi się królików i po kawie zachowuje się jak po butelce najczystszego spirytusu.

Jako Support mamy tutaj ojca Chino, który występuje właściwie tylko w zapowiedziach po endingu, jej dziadka – królika, Aoyamę „Blue Mountain”, autorkę poczytnej książki o właścicielu kawiarni zamienionym w królika, traktującą dziadka Chino jako swojego mentora, a także Jougę Mayę i Natsu Megumi – koleżanki z klasy Chiro.

Postacie zrobione są dobrze, wyglądają, mówią i zachowują się słodko, często są naprawdę zabawne, a przy tym realistyczne. Za to plus.

Oprawa graficzna jest dość standardowa, czasem zdarzy się jakiś ładny widoczek (głównie o zmierzchu lub świcie), postacie są zrobione dobrze, można je od siebie łatwo odróżnić, a jednocześnie nie są przekombinowane, jak to gdzieniegdzie bywa. Niektóre sceny aż wołają kawaii!

Głosy postaci są dobre, uwielbiam głos Chino. Muzyka jest raczej spokojna i nie wpada w ucho nie wiadomo jak, ale również nie przeszkadza. Ot, taki szczegół budujący klimat, który jest praktycznie nie do rozróżnienia od całości.

Opening wpada w ucho, zwłaszcza początkowe kokoro pyonpyon machi”, plus głos Chino i Tippy’iego, daje nam to niewielki, ale jednak plusik.

Jeszcze kończąc: choć całość jest komedią, to czasem pojawiają się momenty, które ciężko opisać. Takie trochę słodko-gorzkie, ale jednak wciąż niesamowicie ciepłe. I chyba właśnie ta „ciepłość” jest tym, co przyciągnęło widzów – w tym i mnie – do tej serii. Nie jest to coś niesamowicie silnego, co sprawia, że chcesz płakać w poduszkę rozmyślając o tym, jak zmarnowałeś swoje dzieciństwo, a też mogłeś mieć takich przyjaciół, takie przygody i tak dalej, jak ma to miejsce w niektórych produkcjach. Czasem może budzić smutny uśmiech na twarzy, ale chyba tylko jeśli należysz do bardziej wrażliwych osób. Reszta będzie raczej zrywać boki ze śmiechu i, ewentualnie, raz na jakiś czas odrobinę spoważnieje.

Podsumowując – jeśli szukasz czegoś kawaii i fuwa fuwa, na czym można się pośmiać, mogę szczerze polecić ci tę serię. Jeśli szukasz poważnych tematów, dramatu, romansu i epickich walk – Gochiusa nie jest dla ciebie.

Jednak i tak warto sprawdzić tę produkcję, choćby jeden odcinek. Sam nie byłem z początku przekonany, ale się przekonałem i obejrzałem całą serię. Radzę jednak oglądać po jednym odcinku na raz. To jest jak wata cukrowa, albo ciasto miodowe – jeden kawałek popity herbatą jest świetny, ale zjedz całą blachę, a dostaniesz mdłości.

  • Świat - 7/10
    7/10
  • Fabuła - 8/10
    8/10
  • Postacie - 9.5/10
    9.5/10
  • Grafika - 7/10
    7/10
  • Dźwięk - 7/10
    7/10
  • Wykonanie - 8/10
    8/10

Ocena:

Plusy:
+ Mofu mofu kawaii
+ Sporo dobrego humoru
+ Wielowątkowość
+ Ogólna "ciepłość"
+ Która nie budzi poczucia niespełnienia
+ Ocieka słodyczą

Minusy:
- Od której może jednak czasem zemdlić
- Od biedy japońsko brzmiące imiona i nazwiska

7.8/10
Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on TumblrShare on RedditEmail this to someone
Angius

About

Miłośnik dobrych gier, anime i kucyków. Youtuber i prawie-że-streamer. Twórca skórzanych karwaszy i bransolet z zamiarem stworzenia kompletnej zbroi.

No comments yet Categories: Anime Tagi: ,